O krzyku, milczeniu i wolności. Czego nauczył mnie „Archipelag GUŁag”?
Jest w Archipelagu GUŁag Aleksandra Sołżenicyna fragment, który wywarł na mnie szczególnie silne wrażenie.
Autor opisuje swoje aresztowanie i zastanawia się, dlaczego nie krzyczał. Dlaczego nie próbował zaalarmować przechodniów, kiedy prowadzono go pod eskortą? Dlaczego tak wielu ludzi milczało, będąc świadkami aresztowań innych?
Nie oszczędza przy tym samego siebie. Przyznaje, że również miał okazję zaprotestować, ale tego nie zrobił.
Ten fragment pozostał ze mną na długo.
Bo przecież milczenie nie zawsze oznacza obojętność. Czasami wynika ze strachu, czasami z poczucia bezsilności, a czasami z przekonania, że sprawa nas nie dotyczy.
Dopóki nie zacznie dotyczyć.
Przypomniałem sobie tę refleksję, kiedy zapoznałem się ze sprawą Jacques’a Bauda, byłego szwajcarskiego oficera i analityka, objętego sankcjami przez Radę Unii Europejskiej w grudniu 2025 roku.
W uzasadnieniu wskazano na jego działalność informacyjną, rozpowszechnianie prorosyjskich narracji oraz wspieranie działań destabilizacyjnych Rosji.
Konsekwencją decyzji było między innymi zamrożenie aktywów i ograniczenie możliwości korzystania z własnych środków finansowych.
Baud zaskarżył sankcje do Sądu Unii Europejskiej.
Nie wiem, czy jego analizy dotyczące wojny w Ukrainie są trafne. Nie znam pełnego materiału dowodowego, którym dysponuje Rada UE. Nie zamierzam też rozstrzygać o legalności decyzji, zanim zrobi to właściwy sąd.
Ale dostrzegam problem, obok którego nie chciałbym przejść obojętnie.
Czy człowiek może zostać praktycznie pozbawiony samodzielności ekonomicznej na podstawie oceny jego działalności informacyjnej, zanim niezależny sąd rozstrzygnie zasadność zastosowanych środków?
Odpowiedź prawna jest złożona. Sankcje mogą być stosowane przed zakończeniem kontroli sądowej, a prawo przewiduje określone mechanizmy ochronne.
Pozostaje jednak pytanie o ich rzeczywistą skuteczność.
W Archipelagu GUŁag Sołżenicyn pokazuje, jak niebezpieczny może stać się system, w którym zakwalifikowanie człowieka jako zagrożenia uruchamia aparat instytucjonalny, a jednostka ma niewielki wpływ na własny los.
Nie porównuję współczesnej Unii Europejskiej do sowieckiego systemu obozów pracy. Różnice są fundamentalne — zarówno w skali ingerencji, jak i w dostępnych gwarancjach prawnych.
Zastanawiam się jednak nad pewnym mechanizmem:
Decyzja władzy → ograniczenie praw jednostki → długotrwała próba odzyskania możliwości normalnego funkcjonowania.
Historia uczy, że szczególnej uwagi wymagają sytuacje, w których instytucje otrzymują uprawnienia pozwalające głęboko ingerować w życie człowieka.
Nawet jeśli deklarowany cel jest uzasadniony.
Nawet jeśli większość społeczeństwa zgadza się z tym celem.
Nawet jeśli osoba objęta ograniczeniami głosi poglądy, z którymi zdecydowanie się nie zgadzamy.
Wolność słowa nie jest przecież wyłącznie prawem do wypowiadania rzeczy powszechnie akceptowanych.
Artykuł 11 Karty Praw Podstawowych UE chroni wolność wypowiedzi i informacji. Artykuł 54 Konstytucji RP gwarantuje wolność wyrażania poglądów.
Prawa te mogą podlegać ograniczeniom, ale wymagają one odpowiedniej podstawy prawnej, uzasadnienia i proporcjonalności.
W Polsce dodatkowo warto przyglądać się pracom nad projektem ustawy o środkach ograniczających (druk sejmowy nr 3003), dotyczącym również ingerencji i manipulacji informacjami.
Gdzie przebiega granica między przeciwdziałaniem rzeczywistym operacjom obcego wpływu a ograniczaniem swobodnej debaty publicznej?
Kto wyznacza tę granicę?
Jakie dowody powinny być wymagane?
I jak skutecznie może bronić się człowiek, którego majątek został już zamrożony?
Nie mam gotowych odpowiedzi na wszystkie te pytania.
Mam natomiast przekonanie, że warto je publicznie zadawać.
Wracam więc do Sołżenicyna i jego refleksji nad milczeniem.
Nie chodzi o to, aby krzyczeć najgłośniej. Nie chodzi o oskarżanie bez dowodów, wzbudzanie strachu czy porównywanie każdej kontrowersyjnej decyzji do totalitaryzmu.
Chodzi o to, aby nie przyzwyczajać się do ograniczania praw człowieka tylko dlatego, że dotyczy to kogoś odległego, niepopularnego albo głoszącego poglądy, których nie podzielamy.
Ten wpis jest moją formą krzyku.
Spokojnego. Opartego na pytaniach, faktach i świadomości, że mogę się mylić.
Ale świadomego.
Bo wolność wymaga nie tylko praw zapisanych w dokumentach.
Wymaga również ludzi, którzy są gotowi upominać się o ich przestrzeganie — także wtedy, gdy chodzi o prawa innych.
I być może właśnie od tego zaczyna się odpowiedzialność obywatelska.
#WolnośćSłowa #PrawaCzłowieka #Praworządność #OdpowiedzialnośćObywatelska







